Co mi w sercu gra…czyli o dziennikarstwie, które kocham i nienawidzę jednocześnie:)

Zaczyna zapadać zmrok, czekam na tramwaj. Widzę go już w oddali. Lubię tramwaje. Niby jedna linia tramwajowa, ale jakie ułatwienie. Jeszcze nie tak dawno mieszkałam tuż przy niej, codziennie o piątej rano słyszałam ten specyficzny dźwięk zamykanych drzwi i ruszania. Jestem szczęśliwa, wracam z zajęć teatralnych podczas których pierwszy raz otwarcie powiedziałam o swoich planach. Moje słowa zostały przyjęte naprawdę dobrze, wiedziałam, że mi kibicują, tak jak ja im, bo większość z grupy marzyła o aktorstwie.

Nigdy wcześniej nikomu nie mówiłam, co mi siedzi w głowie, choć o dziennikarstwie marzyłam dniami i nocami. Mimo, że pomysł ten i mnie wydawał się odjechany, obmyślałam plan, jak wcielić go w życie. Mając 16 lat zaczęłam współpracować z Gazetą Częstochowską. Pisałam sprawozdania z meczów siatkarskich, bo żużel był już obstawiony. Później dostałam stałą rubrykę, gdzie cyklicznie pisałam o młodych ludziach pełnych pasji.

W liceum uznałam, że jeśli myślę o poważnym dziennikarstwie, to muszę wyjechać. Najlepiej do Warszawy. Pojechałam tam zatem. Ukończenie Uniwersytetu Warszawskiego było na drugim miejscu, co było moim głównym planem zapewne się domyślacie;)

Już po kilku dniach w stolicy zderzyłam się z rzeczywistością. Aby utrzymać się na studiach, trzeba było się uczyć, a żeby utrzymać się w Warszawie, musiałam pracować. To też robiłam. Wieczory, weekendy – sprzedawałam hit tamtych lat – ekspresy kapsułkowe do kawy pewnej „Znanej Marki”;) Całkiem nieźle mi szło;). Było pięknie! Warszawa jest cudowna, a mieszkanie w akademiku jeszcze lepsze. To była prawdziwa szkoła życia.

Pierwszy rok, w moim przypadku, to była walka o przetrwanie. Miałam to szczęście, że wtedy poznałam osoby, które do dziś są moimi  cudownymi przyjaciółmi.

Po wakacjach wzięłam się w garść. Wysłałam zgłoszenie do Akademickiego Radia Kampus, gdzie wkrótce zaczęłam pracę, konkretnie w redakcji sportowej. To tam poznałam świetnych ludzi, którzy dziś związani są czołowymi polskimi mediami. Nasze drogi przeplatały się jeszcze w późniejszych latach, podczas konferencji prasowych czy briefingów. Poza tym pomagaliśmy sobie jak tylko mogliśmy. Świat mediów jest brutalny, ciężko mieć w nim osoby, którym można zaufać, którzy w razie potrzeby pomogą. Poza tym, im więcej osób z branży znasz, tym masz więcej kontaktów, które są chyba podstawą pracy w tym zawodzie.

Radio Kampus było świetnym miejscem do nauki. Bardzo dobre sprzęty i przestrzeń do eksperymentów. To tam godzinami mogłam siedzieć w jednym ze studiów i do skutku nagrywać, naczytywać i montować.

Oczywiście dla każdego z nas, miał to być tylko przystanek na drodze. I tak było. Szukaliśmy drogi do mediów ogólnopolskich. Gdy pewnego dnia, ktoś przychodził do radia i mówił, że dostał się do Polsatu, TVN-u czy Radia Zet naprawdę się cieszyliśmy. Wiedzieliśmy, że i na nas przyjdzie czas.

Pewnego dnia, dokładnie jednego, tego samego dnia, zadzwonili z Radia Zet i RMF Fm. Na podjęcie decyzji miałam chwilę, wybrałam RMF i nie żałuję:)

Pamiętajcie proszę, że dzwoniono z propozycją stażu, nie pracy. Zatem weekendami nadal w ruch wchodziły kapsułkowe ekspresy do kawy „Znanej Marki”;). Nie wiem jak jest teraz, ale pięć lat temu w mediach nie zatrudniali ludzi bez wcześniejszego stażu. Być może teraz jest nieco lepiej…choć wątpię;)

Cisza – to pierwsze przychodzi mi na myśl wspominając RMF Fm. Po przekroczeniu progu radia witała mnie cisza i skupienie. Nie było gonitwy, wyścigu szczurów. Wszyscy byli dla siebie mili i każdy zwracał się do siebie z szacunkiem. Nie stresowałam się, wręcz przeciwnie – po ciężkim dniu na uczelni lubiłam tam uciekać. Zwłaszcza, że przyszło mi współpracować z naprawdę fajnymi ludźmi. Pamiętam, jak pracujący tam do dziś Patryk Serwański, czekał na mnie na jednej ze stacji metra, by w biegu przekazać mi mikrofon, bym jadąc prosto ze studiów zdążyła na konferencję prasową. Który inny dziennikarz zachowałby się podobnie? No który? Obawiam się, że poza Patrykiem żaden:).

IMG-8078

To co się działo w tamtym okresie, to niczym film science-fiction. Współpraca z redakcją sportową pozwoliła mi poznać osoby ze świata sportu, które dotąd obserwowałam tylko w telewizji. Nigdy nie zapomnę jak po każdym TAKIM spotkaniu dzwoniłam do taty, by dać upust ekscytacji, która mnie roznosiła. Jednym tchem opowiadałam, z kim dzisiaj rozmawiałam, kogo poznałam, a kogo widziałam. Tata nie mógł uwierzyć.

Uwierzcie mi, że wtedy naprawdę szczęście się do mnie uśmiechało. Po kolejnych paru miesiącach zostałam zaproszona na rozmowę do Telewizji Polsat News i wtedy pojawił stres…

IMG-8079

Po trzech przesiadkach dotarłam na miejsce. Objawił się przede mną wieżowiec, z ogromnym napisem „Telewizja Polsat” na szczycie. Obrotowe drzwi, ochroniarze i bramki, przez które nie przemknie nawet mucha. Podałam nazwisko, kazali czekać, to czekałam. Kompletnie nie pamiętam, kto wtedy po mnie przyszedł. Jechałam windą, do której w pewnym momencie wsiadła Karolina Szostak. Po chwili siedziałam w przeszklonym pomieszczeniu czekając na osobę, która poprowadzi rekrutację. Pojawił się Radosław Kietliński i zabijcie mnie kompletnie nie pamiętam jak brzmiały pierwsze pytania. Pamiętam natomiast, że sztywna rozmowa dość szybko zeszła na temat Białorusi, który i jemu i mnie był bliski. Następnie mówiliśmy coś o bardzo modnych w tym sezonie zegarkach…i nagle zadzwonił telefon. W drzwiach pojawiła się Beata Drozdowska, która kontynuowała rozmowę kwalifikacyjną. – Co zyskamy stawiając na ciebie? – padło pierwsze, bardzo szybkie pytanie. – Co możesz dla nas zrobić ? – dopytywała. Więc ja znów o tej Białorusi, Rosji, trudnej sytuacji na wschodzie, Putinie…- Dobrze, możesz zostać już dzisiaj? – zapytała.

No pewnie, że mogłam, mimo, że może nie mogłam..? Wszystko inne nie było ważne. Najważniejsze było tu i teraz. Byłam w miejscu, o którym marzyłam. Po krótkim oprowadzeniu przez p. Beatę, która trzymała wszystko w ryzach i narzucała naprawdę intensywne tempo pracy, nie miałam ochoty stąd wychodzić.

– Kto może usiąść do scrolla? – pytanie rozniosło się po redakcji. Nikt się nie zgłosił, nie zdziwiłam się, wszyscy wyglądali na bardzo zapracowanych. Pamiętam, że działo się wtedy wszystko i nikt nie wiedział w co włożyć ręce. Po ponownym zapytaniu bez odpowiedzi, podniosłam rękę. – Pani Beato, ja mogę tam usiąść. Nie było wyjścia, paskiem informacyjnym, który widzicie na dole telewizji newsowej zajęłam się ja, która w telewizji była może z godzinę.

Nie pamiętam, do której wtedy tam byłam. Pamiętam jedynie, że zapytano się mnie, czy mogę przyjść jutro. Kilka osób wiedziało jak mam na imię. Czyż to nie sukces? 😉 Dla mnie, na tamtym etapie, ogromny:)

Do telewizji przychodziłam codziennie, w niedzielę i święta też. Brałam to, co inni dziennikarze nie chcieli. Noc Muzeów? Biorę! Pamiętam, że po nagraniach, w środku nocy,  do akademika odwoził mnie wóz nagraniowy. Nad ranem byłam już w telewizji montować materiał.

Bardzo szybko wpadłam w ten rytm pracy, starałam się być potrzebna. Podczas stażu w telewizji Polsat News poznałam Beatę Cholewińską, od której nauczyłam się chyba najwięcej i którą do dziś wspominam z łezką w oku:) Piękna i mądra kobieta!

Nieubłaganie mój staż dobiegał końca. Wiedziałam, że za chwilę podzielę los tych kilkudziesięciu stażystów, którzy tygodniami „przewijają się” przez redakcję. Takich jak ja było tu naprawdę wielu i każdy miał nadzieję, że właśnie on dostanie szansę na pracę, na normalne zatrudnienie.

Ostatniego dnia pożegnałam się, oddałam identyfikator i wyszłam rzucając pożegnalne cześć, do naprawdę sporego grona osób, które udało mi się przez te ostatnie trzy miesiące poznać. Następnego dnia szukałam już innej pracy. Po polsatowskiej przygodzie potrzebowałam pieniędzy. Dość szybko dostałam pracę w Galerii Mokotów, w jednym z tamtejszych butików. Po trzech tygodniach na ekranie telefonu wyświetlił się znajomy numer z Polsatu, w słuchawce usłyszałam jakże uwielbiany przeze mnie głos. – Marietta, jest dla ciebie praca, bierzesz? Normalna umowa, stałe godziny pracy. Zgadasz się?

Piszczałam, a może jednak płakałam do słuchawki. Dziś już nie pamiętam. Pamiętam jednak, że wtedy czułam się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

Ciąg dalszy nastąpi;)

M.

 

 

Jedna odpowiedź na “Co mi w sercu gra…czyli o dziennikarstwie, które kocham i nienawidzę jednocześnie:)

  1. Samych radości i powodzenia Ci życzę! Swoją drogą dziennikarstwo to taka jakby przygoda życia! Jeśli jest to coś, co kochasz robić, to rób to i walcz, żeby trwalo jak najdłużej!
    Pozdrawiam Cię!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s